Tłumacz

Pan Bob narazić życie, aby pan Marcin dobrze trafić. Old Shatterhand nie mógł się powstrzymać od śmiechu. Spojrzał na zielone liście brzozy, które leżały na ziemi. To Bob je zerwał wspinając się na drzewo. Połamał też niektóre słabsze gałązki, które teraz smętnie zwisały z drzewa. — Tak, pan Bob był bardzo odważny — odezwał się westman. — Gdy ujrzał niedźwiedzia, wdrapał się czym prędzej ze strachu na brzozę nie zastanowiwszy się, że drzewo jest zbyt słabe, aby go udźwignąć.

W tej chwili mam pod swoim skalpem uczucie, jak gdyby ciągnięto mi włosy w górę. Właściwie bardzo pięknie dziękuję za przyrzeczenie, że cierpliwie pójdziemy pod nóż, jeśli nasi mistrzowie będą pokonani. — No tak! — odparł Jemmy. — Mnie także nie jest wesoło na duszy, ale sądzę, że możemy polegać na Shatterhandzie i Winnetou. — Zdaje się, gdyż Apacz ma tak spokojną twarz, jak gdyby trzymane w ręce narzędzie walki było kwiatkiem.

Jak zjedli - idą jeden i drugi dzień, i nadal jedzą z woreczka tego młodszego. Jak już zjedli, uszli już parę mil drogi, siadają, i ten starszy dobywa ze swego woreczka i je, a temu młodszemu nic nie daje. Nic z początku nie mówi, tylko sobie myśli: "co to dalej będzie?" Ku wieczorowi znowu odpoczywają sobie i starszy tłumacz je, a młodszemu nie daje. A młodszy nadal nic nie mówi, ale czeka cierpliwie. Czarownica przyjemna pewnie publikuje silne wierszyki.